Dziś już możemy podzieliś się hstorią byłego żołnierza Legii Cudzoziemskiej, któy bardzo chciał z nami pracować.

Legia Cudzoziemska!

egio Patria Nostra - Legia Naszą Ojczyzną
Marche, ou creve - Maszeruj albo giń
Pierwsi przybywamy ostatni wychodzimy

http://forum.pomorska.pl/wbilem-mu-noz-w-okolice-serca-caly-mundur-zbryzgany-krwia-t155471/

 

Dlaczego chciałem ci o tym opowiedzieć? Dlatego, że świat wygląda inaczej niż to, co pokazują w telewizji i ludzie powinni o tym wiedzieć.

 

- Na misji nie masz czasu myśleć, Bywa że nie śpisz po 3-4 dni. Przy życiu trzyma cię adrenalina, ewentualnie am­fa, którą łatwo było kupić - opowiada legionista. (fot. archiwum domowe)

No i mam dość, gdy ludzie traktują mnie jak wyrzutka albo wariata. Nie jestem ani jednym, ani drugim, choć wiem, że nie dostanę nigdy rozgrzeszenia.
I jeszcze dlatego, żeby przeczytała to Marianna z Bydgoszczy, która bardzo mi pomogła w trudnej chwili.

 

Wyjść z rowu

Jak zacząć? Mam 26 lat. Miałem 19, kiedy wstąpiłem do Legii. Skończyłem szkołę średnią. Rodzice ciężko chorowali i nie by­ło szansy, żeby mnie utrzymywali. Ambitny plan, żeby u­trzymać się sam, nie wypalił. Po pierwszym miesiącu pracy przy kopaniu rowów, gdy dostałem 700 złotych pensji, stwierdziłem, że nie chcę, żeby tak wyglądało moje życie.
 

Decyzję podjęliśmy z kolegą, z którym łączyło mnie zainteresowanie militariami. Do polskich służb specjalnych w tym wieku nie mieliśmy szansy się dostać, służba kontraktowa nie miała wiele wspólnego z tym wojskiem, w którym chcielibyśmy służyć. Legia Cudzoziemska była jakimś pomysłem.
Pojechaliśmy pociągiem do Szczecina, a dalej już autostopem, najpierw do Calais, a stamtąd do Lilles, gdzie był najbliższy punkt werbunkowy.
Ciarki mnie przeszły, kiedy przechodziłem przez bramę. Wchodzimy do pierwszego pomieszczenia. Stół w rogu, krzesło. Sierżant. Po pierwszych słowach po angielsku, facet pyta po naszemu: "Polaki? Tam, k... stać i czekać”. Przed nami zró­wnał z ziemią jakiegoś Ruskiego, że jego paszport wygląda jak g.... My nie mieliśmy paszportów, bo niby w U­nii niepotrzebne.
 

- Bez paszportów was nie przy­­jmę. Spier... cie albo wróćcie z paszportami.
Był piątek. Konsulat w Lille już nieczynny. Spędziliśmy noc w parku bez pieniędzy i jedzenia. Następnego dnia wyżebraliśmy tyle, że starczyło na kebab u Turka. Kolejną noc spaliśmy na ulicy przed konsulatem. Nakłamaliśmy, że nas okradli. Dostaliśmy paszporty i po 15 euro.

 

Maszeruj albo w pysk

Tym razem zostaliśmy zapisani przez sierżanta. Ale okazało się, że nie mamy szczoteczek do zębów.
- K..., jak zwykle, sami debile tu przychodzą - zaklął nasz sierżant na przywitanie.
Rekrutacja do Legii trwa cały rok, razem z nami byli Serbowie, Rosjanie, Ukraińcy, trochę Francuzów, ludzie z Afryki.
Pierwsza próba - drążek. Nie wyrobiłeś limitu, od razu lądujesz za bramą. Poległ chłopak z Niemiec. Płakał, że wydał na podróż ostatnie pieniądze, ale nie było dyskusji.
 

Pierwsze dwa dni w Lille to było wałkowanie - w tę i z powrotem: - co i dlaczego. O to, co robiliśmy w Polsce, o rodzinę, o motywację. Po polsku, bo w Legii Polaków jest mnóstwo.
 

Po czterech dniach zawieźli nas pod Marsylię. Tam zaczęła się prawdziwa selekcja: znowu drążek, biegi, test Coopera (12 minut biegu non stop), wspinanie po linie z 34-kilogramowym plecakiem. Z tym plecakiem mu­sieliśmy się zaprzyjaźnić, bo był ekwipunkiem w marszobiegach po 20-30 kilometrów dziennie.

Czytaj: W legii ciałem i duszą musisz być z kolegami

Hasło Legii - "Maszeruj albo giń” - przerobiliśmy na własnej skó­rze. Jeśli ktoś padał podczas marszobiegu, nie mógł liczyć na litość - sierżanci jeszcze mu dokopali przed pożegnaniem.
 

Sam tego doznałem przy teście wysokościowym. Zawsze mia­łem lęk wysokości i ten test kosztował mnie najwięcej. Zatrzymałem się na górze i wtedy usłyszałem: "Albo przechodzisz, albo spier...”. Przeszedłem.
Od samego początku komendy były wydawane tylko po francusku, za niezrozumienie dostawało się po pysku. Dobierano nas w parach - w każdej parze jeden musiał być francuskojęzyczny. Jego obowiązkiem było nauczenie partnera w ciągu tych 3-4 tygodni podstawowych komend. Para była jednością - jeśli obaj nie poradzili sobie z nauką języka, obaj wylatywali. Moim partnerem był Charlie z Jamajki, typowy rastaman.

 

Mózg do wyprania

Selekcja trwała jakieś 3-4 tygodnie. Nasza grupa mocno stopniała. Ostatnim etapem był "marsz po białe kepi”. Wypuszczają cię w Pirenejach z mapką - w ciągu 48 godzin musisz pokonać 100 kilometrów z plecakiem. Twoja sprawa, jak rozłożysz siły. Wymiotowałem ze zmę­czenia. Gdy doczłapałem się na miejsce, przesłuchanie. Te same pytania, co wcześniej. Gdy złapali cię choćby na drobnym kłamstwie - wynocha
 

Z 80 osób pozostało nas 14. W trzy tygodnie schudłem 12 kilogramów.
Na drugi dzień podpisałem swój pierwszy kontrakt. Najlepsi mogli wybrać sobie pułk. Wybór był oczywisty - II Pułk powie­trzno-desantowy w Calvi na Kor­syce.
Ale wcześniej wywieźli nas na Gujanę Francuską. Tam już było prawdziwe szkolenie. Już z nowym nazwiskiem, które mogłem sobie wybrać. Od tej chwili nazywałem się Anthony Gignac. Miałem na to papier z fikcyjnym adresem w Paryżu.
 

W Gujanie na dzień dobry trafiłem do piwnicy. W takiej sytuacji trudno kontrolować czas, przypuszczam, że trzymali mnie jakieś 3-4 dni. Całkowita ciemność, całkowita cisza, całkowita samotność, skro­mny zapas wody. No, może nie całkiem tak z tą samotnością. Po jakimś czasie wpadło trzech ludzi, założyli mi worek na głowę i zaczęli topić w wiadrze wo­dy. Wyszli, wrócili za jakiś czas: - Twoja matka z ojcem zginęli w wypadku samochodowym.
 

To był początek prania mózgu. Bo mózg legionisty ma być odporny na wszystko. I sformatowany pod jednym kątem: na misję wyjeżdżasz zabijać. Zabijesz albo sam zostaniesz zabity.

 

Mundur zbryzgany krwią

W bazie w Gujanie najtrudniejsze były samotne marsze przez dżunglę. Trwały po 3-4 dni. Przeszkolono nas wcześniej, co jest jadalne, a czego nie wolno dotykać. W trakcie marszu jadłeś to, co udało ci się u­polować. Zasmakowały mi wę­że.
 

Wycinanie sobie drogi maczetą jest mordercze, ale to nic w porównaniu do noclegu w dżungli. Jeśli ktoś ma ochotę na ekstremalne wrażenia, polecam. W Gujanie jest zatrzęsienie wielkich pająków. Moja niechęć do pająków, którą przywiozłem z Polski, została wy­stawiona na próbę. Te pająki do dziś wracają do mnie w koszmarach sennych.
 

Półtora miesiąca trwało przygotowanie do wyjazdu do Afganistanu. Uczyliśmy się podstaw języka i miejscowej kultury.
Wylądowaliśmy w górach Hi-n­dukuszu. Wojsko ma tam władzę w dolinach, ale patrole w górach są jak rosyjska ruletka.
 

Na miejscowych mówiliśmy "duchy”, bo pojawiali się i znikali bez śladu. Znali każdy centymetr tych gór, więc walka z nimi była mało skuteczna. Zwłaszcza nocy w górach nie da się zapomnieć. Nie dość, że spod ziemi mogli pojawić się talibowie, to jeszcze w oddali słychać było odgłos irbisów, panter śnieżnych.
Szukaliśmy magazynów z a­municją, trzepaliśmy górskie wioski.

 

W Afganistanie pierwszy raz zabiłem człowieka. I to w walce wręcz. Wpadliśmy w zasadzkę na warcie, zostaliśmy otoczeni. Facet skoczył na mnie z góry z maczetą. Szarpaliśmy się dłuższy czas na ziemi. Miałem już tę maczetę przy gardle. Przyszło mi do głowy, że nie zobaczę nigdy ojca i mamy, że nigdy w życiu nie zrobię tego, co sobie planowałem. Nie będę miał żony, dzieci. Udało mi się wyrwać. Dokładnie tak, jak uczyli nas na treningu. Wbiłem mu nóż w o­kolice serca. Cały mundur zbry­zgany krwią.

 

Listy do spalenia

Przeżyłem to strasznie. Po naszej stronie było kilku rannych, kilku talibów zginęło. Nie mogłem spać. Zawijałem się w śpiwór po czubek głowy, płakałem po nocach. Myślałem o rodzinie tego człowieka, o jego dzieciach. Miałem przed oczami twarz tego człowieka, w chwili gdy umierał.

Koledzy mieli ze mnie ubaw. Dla człowieka służącego w Legii kilka lat zabicie człowieka było jak umycie zębów. W końcu zrozumiałem, że najtrudniej zabić pierwszego. Później już jakoś idzie, człowiek się przyzwyczaja do zabijania. Zwłaszcza podczas wymiany ognia.

Pamiętam jednego wiejskiego głupka, który wyskoczył na nas z kałachem. Chciał grać bohatera. Padł po pierwszej serii. Jego kumple śmiali się zza muru obserwując całą sytuację.

Gdy dziś czytam na forach internetowych wpisy byłych legionistów, widzę, że temat zabijania jest dyskretnie omijany. Drażni mnie to. Jeśli ktoś pisze, że był w Legii i nie zabijał, kłamie. W Legii jest się po to, żeby zabijać.
Po pewnym czasie sam się nauczyłem żartować z zabijania. I - może to źle zabrzmi - ale mniejsze wrażenie robi na mnie śmierć człowieka niż konanie zwierzęcia. Jak chcesz, nazwij to znieczulicą.

Ta znieczulica różnie się przejawia. Moim kompanem był Polak, starszy ode mnie, 31-letni. Pi­­sała do niego z Polski żona. Ni­gdy nie czytał tych listów. Prosił, żebym ja je czytał. Patrzył na moją reakcję, później je palił. Nie chciał nawet, żebym mu o­powiadał, o czym były te listy.

 

Pozbierać ciało Konrada

W Afganistanie, oprócz patroli w górach, konwojowaliśmy pojazdy Czerwonego Krzyża i miejscowych polityków. Zwłaszcza konwoje Czerwonego Krzyża były ryzykowne, bo wieźliśmy wodę i żywność - cenne towary. To właśnie podczas konwoju, w drugiej misji w Afganistanie zginął mój przyjaciel z Polski, Konrad.
Tamtego dnia w konwoju by­ło nas 7 osób. Granat z moździerza rozerwał Konrada na ka­wałki. Pierwszy bliski kolega, który zginął na moich oczach. Musiałem zbierać jego szczątki. Jak dotąd był ostatnim Polakiem, który zginął w Legii.

Po Afganistanie była Somalia, najgorsze miejsce na ziemi, jakie widziałem. Miejsce, w którym ludzie zabijają się o dostęp do wody i kawałek chleba. Nawet nie wiem, jakich interesów tam broniliśmy, ale na pewno Francja miała w tym interes. Bo Legia jest stworzona do te­go, żeby bronić interesów Fra­ncji.
Zabiliśmy tam wielu ludzi. Zwłaszcza podczas zamieszek, gdy trzeba było rozdzielać strony. Strzelało się wtedy do każdego, kto wychodził z karabinem. Nie mieliśmy sentymentów, bo oni również ich nie mieli. W Somalii nieraz widziałem poodcinane głowy, widziałem odcinanie rąk na żywca. Dla takich lu­dzi mam mieć litość?

Zresztą na misji nie masz czasu myśleć, Bywa że nie śpisz po 3-4 dni. Przy życiu trzyma cię adrenalina, ewentualnie am­fa, którą łatwo było kupić.
Po Somalii mogłem po raz pierwszy wyjechać na urlop do kraju. Możesz mi nie wierzyć, ale przez tydzień wydałem na balangi prawie 50 tysięcy złotych. Jeździliśmy z kumplami po kasynach i do najdroższych bu­rdeli w Trójmieście. Dziś żałuję tych pieniędzy, ale wtedy byłem młodszy i głupszy.

 

Kobiety za mydło

Wracałem do bazy w Calvi na Korsyce. Stamtąd prosto do Kosowa. Zimno jak diabli, fura śnie­gu, ale spędziłem tam jedną z najmilszych Wigilii, w domu u jednej z rodzin. No i do nikogo nie musieliśmy strzelać.

W przeciwieństwie do Wybrzeża Kości Słoniowej, do którego nas później posłali. Tam było sporo gorących akcji, bo przydzielono nas do ochrony lotniska. Znowu zginął jeden z moich kolegów.
Po Wybrzeżu została mi satysfakcja, bo udało nam się odbić porwanego Holendra. Akcja była dobrze przygotowana. Najpierw snajper ściągnął gościa w samochodzie. Trzech pozostałych, którzy wyszli po o­kup, pocięliśmy seriami na kawałki.

Holenderski dyplomata, który brał udział w akcji, popuścił w gacie ze strachu.
Ten uwolniony miał łzy w o­czach. Mówił, że porywacze dobrze go traktowali, że mieszkał w domu jednego z nich. Że zrobili to z biedy.
Trudno. W przypadku porwań nie ma mowy o miłosierdziu.

Po takich wydarzeniach trzeba się odstresować. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej kobiety były najtańsze na świecie. Można je było mieć za mydełko. Razem z wszystkimi chorobami wenerycznymi świata.

 

1,5 tony diamentów

Ostatnią moją misją był Ni­ger. W sumie żadna misja - po prostu szejk z Emiratów wynajął sobie Legię do ochrony kopalni diamentów. A Legia musi zarobić na siebie.

Pracowaliśmy tam z ochroniarzami z jednej ze znanych firm ochroniarskich, chyba po to, by sobie wzajemnie patrzeć na ręce. To by­ło ponure miejsce, w którym czarni pracowali za grosze, a my byliśmy od tego, żeby żaden kamyczek nie opuścił kopalni. U­kład był jasny - nawet za jeden diament wykonywaliśmy wyrok. To samo było w przypadku bu­ntów. Chodziło o wywołanie strachu, by nie próbowali in­ni.

Robotnicy mieszkali na terenie kopalni. Gdy chcieli wyjść na zewnątrz, musieli przejść przez nowoczesne bramki z rentgenem. Do tego płukanie ust i kontrola odbytnicy.
Dwa razy znalazłem diamenty. Jeden mężczyzna połknął cztery kamyki, drugi ukrył diament w odbytnicy.

 

Byliśmy humanitarni. Przynajmniej w porównaniu z chłopakami z firmy ochroniarskiej, którzy pracownikom, u których prześwietlenie wykazało w żołądku kamyki, rozpruwali żołądki na żywca. My otwieraliśmy żołądki jedynie martwym.
Egzekucje dokonywane były bagnetem. Mówiło się, że na czarnego szkoda naboju. Pamiętam to spojrzenie skazańców. Nie było w nim strachu, raczej nienawiść.

Sądzisz, że rząd Francji o tym nie wiedział? Wiedzieli o wszystkim.
Z diamentami latałem wprost do Dubaju. Zwykle półtorej tony kamyków w workach.

Tam poznałem dziewczynę z Bydgoszczy. Piękną i zwariowaną.

 

Zespół stresu

W Nigrze siedziałem ponad rok, oprócz diamentów nad­zorowaliśmy kopalnię uranu.
Stamtąd odesłali nas znowu do Gujany. Zaczęły wychodzić ze mnie wszystkie złe sprawy. Koszmary senne, lęki. Nie mogłem złapać oddechu, myślałem, że to zawał.

Akurat kończył mi się piąty rok służby. Lekarz odmówił prze­dłużenia kontraktu.
Widzisz, przez całą naszą rozmowę łapię się mimowolnie ręką w okolice serca. Jakbym chciał sprawdzić, czy je­szcze bije. Wszystkie koszulki mam poprzecierane w tym miejscu. Nie mogę się pozbyć tego odruchu. Najgorsze były jednak noce. Budziłem się z agresją, zupełnie nieświadomy.

Podczas urlopu nie mogłem się powstrzymać - cały czas wypatrywałem w oknach snajperów albo oglądałem się za siebie. Stwierdziłem, że nie ma co dłużej ryzykować. W opisie "zespołu stresu bojowego” znalazłem u siebie niemal wszystkie klasyczne objawy.

Mówiłem ci o Mariannie z Bydgoszczy. Bardzo mi pomogła w trudnym czasie.
Pracowała w liniach lotniczych tego szejka od diamentów. Widziała dużo i może dlatego nie mamy problemu z porozumieniem.
Siadamy sobie czasem w o­gródku piwnym na bydgoskiej starówce, przyglądamy się mi­­jającym się ludziom. Mówimy: co oni wiedzą? Co oni widzieli?

 

Żal

Czy jestem zadowolony?
Chyba tak. Przeżyłem przygodę, zarobiłem pieniądze, postawiłem dom. Mieli mnie za nikogo, udowodniłem, że jestem kimś.
Czy żałuję tych wszystkich zabitych ludzi? Tak, żałuję. Kiedyś ich podliczyłem - wyszło mi czterdziestu kilku. Żal mi zwła­szcza tych z kopalni diamentów. Nie jestem Bogiem, żeby odbierać życie.

 

Ale byłem legionistą po to, żeby zabijać na rozkaz.
Przeszłość pozostaje w człowieku. Chętnie zatrudniłbym się jako ochroniarz, ale boję się, bo w Legii nie uczyli nas wyprowadzania z dyskoteki pijanych wyrostków. Uczyli nas zabijać. Prosto, skutecznie. Boję się, że zadziałam instynktownie.

Nie potrafię stworzyć normalnego związku z kobietą, założyć rodziny.
Czasem, gdy o tym myślę, najchętniej strzeliłbym sobie w łeb. Albo wróciłbym do Legii.